Rate this post

O zasadzkach, bzdurach i powodach, czyli czemu akurat o kobiecych orgazmach

Jak już się facet zabiera za pisanie o kobiecych orgazmach, to nie może liczyć na zrozumienie. Ani ze strony innych mężczyzn, ani też kobiet. W zasadzie nie wiadomo po co pchać się na takie głębokie i nieznane wody. Takie przynajmniej początkowo można odnieść wrażenie. Myślę jednak, że podejmę to ryzyko. Wszak niejedna kobieta wypisuje dziwne rzeczy na temat męskiej seksualności i robi z tego poradnik dla innych niedoinformowanych, gdy tymczasem pobieżna lektura wystarczy, by stwierdzić, że nie tylko nie wie o czym pisze, ale niejednokrotnie z mężczyzną „w naturze” nie miała do czynienia.


By nie być gołosłownych przypomnę tylko krążącą bzdurę o chowaniu penisa do nogawki spodni i jeszcze większą bzdurę o wynikającym z tego skrzywieniu. Tak jakby mężczyźni nie nosili bielizny i tak jakby ciała jamiste, gdy nie są napełnione krwią mogły ulec jakiemuś odkształceniu. Jednak wszyscy bzdury powtarzają niczym stado kaczek na targu, a nikt się nie zastanawia nad ich sensem.

Skoro tak, to i ja mogę sobie pozwolić na pisanie o sprawach, na których do końca się nie znam, czyli o kobiecych orgazmach. Zaś do swojej niewiedzy od razu się przyznaję, bo tu już nie wystarczy być świadkiem orgazmu. I tak pozostaje on dla nas tajemnicą.

Drugi powód skłaniający mnie do podjęcia ryzyka związanego z omawianiem takiego tematu, to problem wielu mężczyzn, nad którymi sprawa doprowadzenia partnerki do owego orgazmu wisi niczym jakieś fatum i psuje prostą przyjemność związaną z seksem. Zresztą i same kobiety często tak się martwią czy będzie orgazm czy nie, że w końcu nic z tego nie wychodzi.

Średniowieczne orgazmy

Nie jest prawdą również informacja, jaka czasem pojawia się w tzw. programach czy artykułach naukowych, iż jeszcze w XIX wieku zaprzeczano temu zjawisku, czyli właśnie kobiecym orgazmom. Trzeba tę informację sprostować. Otóż „już” a nie „jeszcze” w XIX wieku, przeczono zjawisku kobiecego orgazmu. Różnica jest bardzo istotna. Wcześniej bynajmniej nikt temu nie zaprzeczał. Mężczyźni współżyjący z kobietami byli świadomi do jakiegoś stopnia ich przeżyć. Może nie wszyscy i nie zawsze, ale większość jednak tak. Pod tym względem kobiety minionych wieków tak się bardzo nie różniły od dzisiejszych.

To prawda, że nie mówiło się o tym głośno. Prawdą też jest, że wiele panien wychodząc za mąż nie miało zielonego pojęcia o seksie. Jednak, gdy mąż był odpowiednio delikatny i kochający, to po czasie natura brała górę. Nie działo się tak tylko wówczas, gdy źle pojmowana religijność niszczyła już w zarodku wszelkie odruchy namiętności.

No właśnie. I nie myślcie, że to średniowiecze było tą epoką, która tak mocno hamowała ludzkie popędy. Bynajmniej. Wprawdzie głoszono potrzebę umartwień, jednak do większości ludzi to wcale nie przemawiało. Przed Soborem Trydenckim celibat duchowieństwa był rzeczą bardzo względną – mówiąc najoględniej. Dotyczyło to tak wiejskich księży, jak i biskupów czy nawet papieży, którzy oficjalnie przyznawali się do swoich dzieci i wydawali je za synów i córki rodów panujących. Wszak syn papieża, to była nie lada gratka na politycznym rynku matrymonialnym.

Wiktoriańskie orgazmy

Więc to nie średniowiecze. Nawet nie późniejsze epoki. Dopiero tzw. epoka wiktoriańska wszytko przewróciła do góry nogami. Był to czas największego zakłamania i najdalej posuniętej pruderii. Niemiecki pietyzm ogarnął całą Europę i przenikną do Anglii, by nabrać specyficznych cech i znów ruszyć na podbój starego kontynentu.

W rezultacie nacisk konwenansów społecznych był tak wielki, że w pewnych sferach, głównie wyższych, orgazm kobiecy przestał po prostu występować. Zamiast tego pojawiły się chore teorie. Głoszono je pod płaszczykiem oświeconej medycyny. Jako, że dziś nie mam ochoty niczego owijać w bawełnę, więc napiszę to wprost. Lekarze zajmujący się pozornymi kobiecymi schorzeniami, byli tak samo zboczeni, jak ich poprzednicy inkwizytorzy torturujący rzekome czarownice. Ci zasłaniali się nauką, tamci pobożnością.

Co się za tym kryło? Prosty mechanizm. Brak satysfakcji seksualnej, w dodatku nieuświadomiony, prowadził do pewnych zaburzeń nastrojów. To zaś diagnozowano jako histerię. Niekiedy w bardziej poważnych przypadkach zamykano kobiety w zakładach psychiatrycznych. Tam poddawano je dość ciekawym zabiegom, które mówią same za siebie. Było to na przykład wieszanie za włosy łonowe. To miało poprawić pacjentce nastrój!

Te kobiety, które miały więcej szczęścia trafiały raz w tygodniu na lekarską kozetkę, gdzie specjalny zabieg poprawiał im nastrój. Jaki zabieg?

Narodziły się wibratory

Może się Wam to wydać dziwne, bo mało obecnie się o tym wspomina, ale… Zabieg ów sprowadzał się nie do czego innego, jak do ręcznej stymulacji łechtaczki lub pochwy pacjentki, co rozładowywało psychiczne napięcie.
Pan doktor miewał niekiedy sporo pacjentek na dzień. Ileż można pracować fizycznie, gdy ma się solidne wykształcenie i dyplom na ścianie? Całość zbiegła się z gwałtownym rozwojem maszyn elektrycznych i połączenie tych dwóch zjawisk dało w rezultacie rozwiązanie. W gabinetach lekarskich pojawiły się wibratory. Ich zadaniem było rozładowywanie „kobiecej histerii”. Musiało jednak jeszcze upłynąć sporo czasu nim ktokolwiek zainteresowali się kobiecym libido i kobiecym orgazmem. O tym jednak napiszę następnym razem…

FEEDBACK